Salon odrzuconych

15 kwietnia - 22 maja 2016


Wyobraźmy sobie idealny stan naszego rodzimego pola sztuki. Cóż byśmy tam zobaczyli? Geniuszy, którzy robią wielkie kariery. Dobrych artystów, którzy poosadzali się w jakichś niszach i nie narzekają. I artystów kiepskich, dla których nie ma miejsca w zawodzie, więc poszukali sobie innej pracy. Niestety, życiu wiele brakuje do doskonałości. Dlatego często bywamy świadkami (nie tylko zresztą w sztuce) zaskakujących karier przeróżnych beztalenci, cwaniaków, hochsztaplerów, naśladowców. Pozostawmy ich na boku, wierząc że skutecznie i sprawiedliwie rozliczy ich przynajmniej historia. Ale bywa i na odwrót: ci, których talenty nie budzą wątpliwości, pozostają na uboczu, niewystarczająco doceniani lub wręcz niechciani, niezauważani, ignorowani, odrzucani. I oni nas interesują.  Ta wystawa stawia sobie za cel przypomnienie niektórych spośród nich i zadanie pytania: dlaczego tak się dzieje?

Powszechnie wiadomo, że sam termin „Salon odrzuconych” zrodził się w XIX wiecznej Francji. Na jego pomysł wpadł w 1863 roku Napoleon III, pragnąc dać szansę publicznego zaistnienia artystom lekceważonym przez ówczesny artystyczny mainstream i niedopuszczanych do udziału w oficjalnym, prestiżowym Salonie.

Czy dziś też mamy do czynienia z dyktującym warunki Salonem? Czytając opinie krytyczki sztuki Moniki Małkowskiej, która rozpętała prawdziwą burzę pisząc o „układzie mafijnym” w polskiej sztuce, można by przypuszczać, że od czasów Napoleona III zmieniło się niewiele, a karty popularności i chwały rozdaje twórcom wąska i ciągle ta sama grupa kuratorów i dyrektorów instytucji wystawienniczych. Ma autorka rację czy nie, faktem pozostaje, że tylko niewielka część artystów dostępuje zaszczytu wyniesienia do artystycznej elity i pozostaje w niej przed długie dziesięciolecia. Inni, często równie utalentowani, oryginalni, ciekawi, latami (a bywa, że przez całe życie) bezskutecznie dobijają się do bram raju, oczekując na uznanie krytyków, kuratorów, kolekcjonerów, publiczności.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta: z naturalnej relacji podaży do popytu. W dzisiejszych czasach artystów jest wielu, ich dzieł jeszcze więcej.  Gotowych je wystawiać i kupować - o wiele mniej. Zarówno w Polsce jak i na świecie.  Amerykański krytyk Gregory Sholette sformułował, robiącą wielką międzynarodową karierę, teorię „ciemnej materii świata sztuki”. Według niej zdecydowana większość obiegu sztuki stanowi owa ciemna materia, czyli artyści niewidoczni. Są oni jednak niezbędni, do funkcjonowania systemu i do tego, by nieliczni osiągnęli artystyczny sukces.

Oczywiście zdecydowaną większość pokazywanych na wystawie twórców trudno byłoby zaliczyć do „ciemnej materii świata sztuki”. Wystarczy spojrzeć w ich biografie, wypełnione wystawami, wydawnictwami, dowodami uznania. Wypada raczej powiedzieć o współczynniku widoczności, który w ich przypadku, w pewnym momencie, czasowo lub trwale, się zmniejszył. Lub nie osiągnął wartości, jakiej należałoby się spodziewać, na jaką zasługują.  Możliwości wystawowe sprawiły, że trzeba było dokonać radykalnej selekcji, zdecydować się tylko na nielicznych artystów Musieliśmy pominąć wielu innych, których losy także świetnie ilustrują tezę o wykluczeniach.

Ekspozycja nie była tworzona według jakichkolwiek estetycznych kryteriów przyjętych przez kuratora. Wśród prezentowanych artystów są zarówno tacy, których osobiście darzę wielkim szacunkiem, jak i tacy, za których sztuką nie przepadam. I przypuszczam, że także zwiedzający znajdą tu prace, które wzbudzą ich zachwyt i takie, które uznają za nieciekawe. Albowiem przy wyborze dzieł, które zawisły na ścianach lub stanęły na podłodze galerii, obowiązywała perspektywa socjologiczna: chęć pokazania różnych mechanizmów i okoliczności wykluczania.

 

Kurator - Piotr Sarzyński




Powrót