Przemek Matecki - Szorstko

10 lutego - 29 marca 2015


Są malarze, którzy wolą zamalować wszystko, choć namalować też potrafią, każdą rzecz i osobę, zjawisko i stan. Wychodzą, być może, z założenia, że decyzja o położeniu farby, wyborze fragmentu świata do zamalowania - realnego albo przedstawionego - jest tak samo trudna jak samo tego świata przedstawianie. W całej swojej dotychczasowej twórczości Przemysław Matecki maluje i zamalowuje, przedstawia i maskuje, podkreśla i zamazuje. Jego obrazy na początku odnosiły się często do popkultury i wizerunków jej bohaterów, które wyprowadził z obszaru preparowanej wyobraźni i zamienił w intrygujące oryginały. Tworzył je ze świadomością przeszłości sztuki, ale wybierał z niej tylko to, co współgra z jego emocjami. Anarchistyczna spontaniczność, prostota, »nonszalancja«, z jaką kładzie farbę, groteskowość, zamiłowanie do śmieci - to elementy, które (…) wciąż powracają w jego malarstwie. Prace te przeważnie są czytelne na pierwszy rzut oka, wystarczy, że jest ono uzbrojone w podstawowe jedynie kompetencje. Na jednym z wczesnych obrazów Matecki domalowuje własną twarz postaci Lary Croft, na innym, z nieco późniejszego okresu, zamalowuje twarz Condoleezzy Rice, zostawiając tylko charakterystyczny kształt fryzury. Dwa sposoby postępowania, ale każdy odwołuje się do znajomości świata w jego współczesnym sensie, postrzeganego jako strumień obrazów. Każdy podporządkowuje wizerunki swojemu dadaistycznemu, chciałoby się powiedzieć, albo po prostu - malarskiemu gestowi - nadania zjawiskom zupełnie nowych znaczeń. Matecki maluje obrazy, które mogą stać się nowymi światami. Traktuje świat jak własny kosmos, w którym i na którym dokonuje aktu zmiany. W obrazach stopniowo rezygnuje z jakichkolwiek odniesień do realności, zarzuca wycinanie, wlepianie czy przemalowywanie reprodukcji na rzecz prostej relacji farby i podłoża. Mam na myśli prostotę wzajemnej relacji, bo to, co dzieje się w obszarze samego aktu malowania proste już nie jest. Mamy tu bowiem do czynienia z całym instrumentarium malarskim, w jak najbardziej tradycyjnym znaczeniu. Obraz przestaje przedstawiać cokolwiek innego poza sobą samym. Tło czasem znika, a czasem pojawia się dobitnie, farba pozostaje w formie wyciśniętej z tuby albo jest brutalnie starta szpachlą. Znaki mogą coś znaczyć albo być tylko śladem gestu. Wszystko tu może się zmienić w każdej chwili, jak już nieraz w twórczości artysty bywało, pozostaje jednak widoczna w niej od początku obecność samego aktu malowania, jego jednoczesność z decyzją, zamiarem i działaniem. Możemy je oglądać jak nieznane sobie przestrzenie z imaginacji autora, możemy szukać w nich odniesień do klasyki awangardy, możemy próbować czytać je poprzez wartości malarskie. Każdy z tych sposobów wydaje się adekwatny do statusu tych obrazów, które w tym samym stopniu są lustrem świata, co jego drugą, niepoznawalną stroną.
Wojciech Kozłowski

Kuratorzy - Maria Rubersz, Wojciech Kozłowski




Powrót