Piotr Bies - Idole
Bies uważa się za samouka. Wszystko czego nauczył się podczas studiów na Wydziale Rzeźby krakowskiej ASP, oprócz rysunku i liternictwa, jak mówi, zawdzięcza wyłącznie sobie. W tamtych czasach, dręczącego „jedynie słusznego” ustroju, w ciemnościach stanu wojennego jego twórczość rozwijała się niemal w pełnej izolacji. Będąc organicznie przeciwnym bezmyślnemu klepaniu gliny, budował obok swój własny świat poszukując rozwiązań wewnątrz siebie. Długie godziny spędzał w bibliotekach i antykwariatach. Kolekcjonując stare fotografie przyglądał się anonimowym postaciom wymyślając ich życie które mógłby być jego życiem. Prywatna archeologia, szperanie w przeszłości, zbiory niechcianych przedmiotów, strychy pamięci, zwracanie się ku przeszłości, to wszystko co tkwiło w nim od dzieciństwa i przenoszenie minionego do teraźniejszości, tworząc continuum czasowo przestrzenne pod postacią przedmiotów zwanych przez Biesa „relikwiami” zamkniętymi w drewnianych pudłach – „relikwiarzach”, to były początki jego twórczości. Bies gromadził śmieci, drobne przedmioty (oprócz fotografii z antykwariatów) znajdowane na peryferyjnych ulicach miast. Zawsze interesowały go peryferia, miejsca odosobnione, opuszczone, poza centrum. I to w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Przedmioty – śmieci, jednak dotknięte kiedyś ręką człowieka: Plastikowe opakowanie, strzęp gazety, niedopałek papierosa, rzeczy o zerowej wartości materialnej stanowią dla niego czyjś istotny ślad. Oczywiście nie każdy zapisuje się w historii na tyle, by upamiętniać go w muzeach, jednak dla Biesa „ranga” nie jest ważna. Liczy się pamięć, nawet ta „mała” trwająca jedynie w ciasnym kręgu najbliższej rodziny. Dlaczego nie pokazać tej pamięci pod postacią materialną, rekwizytów – relikwii zamkniętych w relikwiarzach? Oczywiście anonimowo, ponieważ anonimowość postaci rozszerza jak gdyby jej znaczenie na wiele innych osób odpowiadających podobnym wyobrażeniom. Zresztą wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Po wszystkich nas zostają odpadki codzienności. Bies, będąc z natury introwertykiem, częściowo zmuszony do takiej postawy w czasach izolacji, kryzysu informacji (częściowo, gdyż istotnie introwertykiem jest), wymyślił sam dla siebie „relikwiarze”, mini muzea zwyczajności, codzienności. Zatem nie było to wyważanie otwartych drzwi czy odkrywanie tego, co już w świecie zrobiono. Źródła twórczości Biesa leżą wyłącznie w jego wnętrzu i w obserwacji „skromnej” rzeczywistości kraju w jakim wzrastał. Rzecz jasna, owe „pamiątki” , śmieci, pozostałości – relikwie nie można traktować ze zbytnia powagą, mówi Bies. W 1989 roku, gdy dogorywała polityka „szczęścia ludzkości” na plenerze tkackim w Lubniewicach pod Gorzowem Wielkopolskim Bies w pomieszczeniu śmietnika, które idealnie wysprzątał, urządził „Muzeum Pamięci” z wystawą zatytułowaną „Jego portret”. Na stole zasłanym białym obrusem ustawił proste przedmioty z odpowiednimi podpisami: Pieniądz którym płacił; Jego ostatni papieros; Zapałka którą zapalił ostatniego papierosa; Słoik z Jego ostatnim tchem, prawdopodobnie z duszą; Fragment płyty chodnikowej po której często spacerował itp. Wtedy była to drwina z wszechobecnych w całym „obozie socjalistycznym” muzeów wypełnionych rzekomymi pamiątkami po wodzach rewolucji i innych przywódcach panującej idei. Towarzysze partyjni zaproszeni na otwarcie „muzeum” nie wiedzieli co powiedzieć i jak się zachować wobec. Bies myślał, że wraz z odejściem tamtej epoki, miną czasy ideowych kultów, ale jak dzisiaj przyznaje, bardzo się mylił. W tamtych czasach fałszywy kult fałszywych proroków wynikał z wyrachowania, dziś kult osoby którą Bies niezwykle ceni i poważa jest o wiele groźniejszy, gdyż bałwochwalczy. Stąd marcowa wystawa w krakowskiej galerii Pryzmat. A jest to z pewnością najlepsza wystawa rzeźby (czyli przedmiotów trójwymiarowych stworzonych przez artystę) i tzw. instalacji, jakiej od lat nie było w żadnej krakowskiej galerii. Wystawa spójna i przemyślana, zarówno pod względem estetyki jak i przesłania które ze sobą niesie. Ale Bies nikogo nie chce obrażać i jak deklaruje, jest osobą wierzącą, chrześcijaninem. Każdy ma prawo do swojej interpretacji. „Chcę zwrócić uwagę, że przeważająca masa „czcicieli” dotyka czczoną osobę jedynie po wierzchu, nie zagłębiając się w jej myśli, które często są bardzo dla niektórych niewygodne”, mówi Bies. I to tyle. Pozostawmy bez dalszych komentarzy, które z pewnością jeszcze się pojawią, już po, miejmy nadzieję, szczęśliwym otwarciu wystawy. Ale wracając w ogólności do jego sztuki. Bies spogląda na człowieka ze współczuciem, budując proste formy multiplikowane w wielu egzemplarzach by wzmocnić ich oddziaływanie na odbiorcę, widza. Od końca lat dziewięćdziesiątych odchodzi od swoich tradycyjnych relikwiarzy budowanych z użyciem starych fotografii i przedmiotów – śmieci, konstruując formy często odbiegające od nakreślonej wyżej charakterystyki. Dało się to zauważyć już w wystawie „Finis mundi” w „Pryzmacie” w 2001 r. gdzie trzydzieści betonowych słupów wypełnił pluszowymi misiami zanurzonymi w parafinie topiącej się pod wpływem ciepła zawieszonych nisko żarówek. Nazwał to zwielokrotnionym autoportretem, co bardzo słusznie zdefiniowała jedna ze zwiedzających osób, że są to inkubatory i sarkofagi zarazem. Kontynuował ten temat, ustawiając w ubiegłym roku, w Holandii w otwartej przestrzeni trzydzieści kolumn z gliny i z darni, na wysokość człowieka, które runęły po miesiącach pod wpływem czynników atmosferycznych. Innym interesującym rozwiązaniem Biesa, całkowicie oryginalnym w swojej formie jest kilkadziesiąt drewnianych pudeł pokrytych smołą z ukrytym białym wnętrzem wypełnionym miniaturowymi, białymi meblami: pustym stołem i pustymi krzesłami. Rzeźbę tę (instalację) nazwał „Urbs” czyli miasto. Jest to opowieść o samotności. Podobnie „Katedra”, model kościoła na bazie krzyża, również pokryty czarną smołówką, z pustym wnętrzem pod wysoka kopułą, gdzie przez jeden z czterech otworów okiennych możemy zobaczyć ustawiony centralnie stół i krzesła. Pustka i oczekiwanie. Na co? Choć od kilku lat Bies często podróżuje ( w ubiegłym roku realizował swoje prace min. we Włoszech, Holandii i dalekiej Nowej Zelandii) i osobiście styka się ze sztuką nową i najnowszą w świecie, pozostał wierny swojemu myśleniu i nie ma ochoty, jak mówi, małpio naśladować „modnych światowych nurtów” co charakteryzuje większość głośnych obecnie artystów polskich. Wystawa „Idole” będąca w części powrotem do najwcześniejszych „relikwiarzy” jest w istocie odpowiedzią na polskie dzisiaj bo Bies, będący Europejczykiem, czuje się przede wszystkim Polakiem, ze wszystkimi dziwnymi konsekwencjami, o czym poprzez swoją sztukę wyraźnie mówi. /Ujduk Gandzarbał , kurator/
Powrót

