Marian Mokwa kojarzony przede wszystkim ze swoim wybitnym malarstwem marynistycznym, był również podróżnikiem, który zasłynął wyprawami na szeroko pojęte rejony wschodnie. Jak sam powiedział w jednym z wywiadów: „[…] coś ciągnęło mnie, wołało w świat. I to właśnie na Wschód. Wiem, że to trąci metafizyką, jakimś nieuzasadnionym mistycyzmem, ale proszę mi wierzyć, że tak było […] poznać inne kultury, innych ludzi, ich język, religię, zwyczaje oto był prawdziwy cel moich podróży. Nade wszystko chciałem ją wypełnić pracą i studiami. Cierpiałem na głód wiedzy.” (M. Mokwa cyt. za: K. Wójcicki, „Rozmowy z Mokwą”, Gdynia 1997, s. 65.).

W trakcie podróży czerpał inspirację z nowego otoczenia i robił to, co potrafił najlepiej – malował. Z upodobaniem kreślił napotkane twarze, zafascynowany pragnął jak najlepiej oddać psychologię postaci kryjące się w ich rysach. Prawdopodobnie podczas jednej z takich wypraw powstał prezentowany obraz. W tym okresie artysta chętnie posługiwał się akwarelą. Technika ta znacznie ułatwiała mu pracę w plenerze i bywała niezastąpiona w trakcie ciągłych zmian miejsca pobytu; a miejsc tych było wówczas wiele. Jak podaje artysta: „[…] ruszyłem przez Podole i Ukrainę nad Morze Azowskie. Stamtąd, kierując się do Azerbejdżanu, miejsca dawnej świątyni ognia, dotarłem do Błękitnego Meczetu, cudu Tebrizu, a dalej do miasta Reszt w północnym Iranie i do Teheranu. Tu odłączyłem się od głównej karawany, która zmierzała do Iraku – do Basry i Bagdadu. Mnie ciągnęło dalej, na Wschód. Tajemniczy wewnętrzny głos mówił mi: „idź dalej w stronę wschodzącego słońca”. Może się to komuś wydać śmieszne, ale byłem pewien, że moi przodkowie pochodzili właśnie z tych rejonów. Napotkani koczownicy wydawali mi się dziwnie bliscy […] Przyłączyłem się do karawany wielbłądów, ciągnącej się przez pofalowaną wydmami pustynię, z daleka przypominającą morze. Czułem się tak, jakbym przemierzał dno wielkiego, bezkresnego akwenu, z którego nagle wyparowała woda. A przecież obszar ten jest całkowitym przeciwieństwem morza. Jest martwy, suchy. To wielki cmentarz, gdzie wszystko zasypuje piasek. Z Meshed przez pustynię Kara-Kum, czyli Czerwone Piaski – do Taszkientu. Chińskie miasto Kaszgar – duży ośrodek handlowy na szlaku karawan – był ostatnim punktem mojej podróży. Dalej była gorąca pustynia Takla Makan. Nomadowie przestrzegali mnie przed dalszą podróżą […] Wybrałem się więc górskim szlakiem przez góry Karakorum i wreszcie stanąłem na „dachu świata” – Tybecie. Po drodze spotkałem wiele plemion koczowniczych, które przemieszczały się po wielkim płaskowyżu. Mijałem kraje pięknej urody […]” (M. Mokwa cyt. za: K. Wójcicki, „Rozmowy z Mokwą”, Gdynia 1997, s. 71.).

088
Marian MOKWA (1889 Malary - 1987 Sopot)

Portret Araba, ok. 1913 r.

akwarela, papier, 59 x 46 cm w świetle passe-partout
sygn. p. d.: „Mokwa”
powyżej autorski napis w języku arabskim (?)

Zobacz katalog

Sopocki Dom Aukcyjny

Aukcja Dzieł Sztuki

05.09.2026

16:00

Cena wywoławcza: 9 500 zł
Estymacja: 15 000 - 25 000 zł
Zaloguj się, aby wysłać zgłoszenie

Marian Mokwa kojarzony przede wszystkim ze swoim wybitnym malarstwem marynistycznym, był również podróżnikiem, który zasłynął wyprawami na szeroko pojęte rejony wschodnie. Jak sam powiedział w jednym z wywiadów: „[…] coś ciągnęło mnie, wołało w świat. I to właśnie na Wschód. Wiem, że to trąci metafizyką, jakimś nieuzasadnionym mistycyzmem, ale proszę mi wierzyć, że tak było […] poznać inne kultury, innych ludzi, ich język, religię, zwyczaje oto był prawdziwy cel moich podróży. Nade wszystko chciałem ją wypełnić pracą i studiami. Cierpiałem na głód wiedzy.” (M. Mokwa cyt. za: K. Wójcicki, „Rozmowy z Mokwą”, Gdynia 1997, s. 65.).

W trakcie podróży czerpał inspirację z nowego otoczenia i robił to, co potrafił najlepiej – malował. Z upodobaniem kreślił napotkane twarze, zafascynowany pragnął jak najlepiej oddać psychologię postaci kryjące się w ich rysach. Prawdopodobnie podczas jednej z takich wypraw powstał prezentowany obraz. W tym okresie artysta chętnie posługiwał się akwarelą. Technika ta znacznie ułatwiała mu pracę w plenerze i bywała niezastąpiona w trakcie ciągłych zmian miejsca pobytu; a miejsc tych było wówczas wiele. Jak podaje artysta: „[…] ruszyłem przez Podole i Ukrainę nad Morze Azowskie. Stamtąd, kierując się do Azerbejdżanu, miejsca dawnej świątyni ognia, dotarłem do Błękitnego Meczetu, cudu Tebrizu, a dalej do miasta Reszt w północnym Iranie i do Teheranu. Tu odłączyłem się od głównej karawany, która zmierzała do Iraku – do Basry i Bagdadu. Mnie ciągnęło dalej, na Wschód. Tajemniczy wewnętrzny głos mówił mi: „idź dalej w stronę wschodzącego słońca”. Może się to komuś wydać śmieszne, ale byłem pewien, że moi przodkowie pochodzili właśnie z tych rejonów. Napotkani koczownicy wydawali mi się dziwnie bliscy […] Przyłączyłem się do karawany wielbłądów, ciągnącej się przez pofalowaną wydmami pustynię, z daleka przypominającą morze. Czułem się tak, jakbym przemierzał dno wielkiego, bezkresnego akwenu, z którego nagle wyparowała woda. A przecież obszar ten jest całkowitym przeciwieństwem morza. Jest martwy, suchy. To wielki cmentarz, gdzie wszystko zasypuje piasek. Z Meshed przez pustynię Kara-Kum, czyli Czerwone Piaski – do Taszkientu. Chińskie miasto Kaszgar – duży ośrodek handlowy na szlaku karawan – był ostatnim punktem mojej podróży. Dalej była gorąca pustynia Takla Makan. Nomadowie przestrzegali mnie przed dalszą podróżą […] Wybrałem się więc górskim szlakiem przez góry Karakorum i wreszcie stanąłem na „dachu świata” – Tybecie. Po drodze spotkałem wiele plemion koczowniczych, które przemieszczały się po wielkim płaskowyżu. Mijałem kraje pięknej urody […]” (M. Mokwa cyt. za: K. Wójcicki, „Rozmowy z Mokwą”, Gdynia 1997, s. 71.).