Inny sposób widzenia.
ze Zbigniewem Rogalskim przed wystawą Stupor (11 IX) rozmawiała kuratorka Bogna Błażewicz
Bogna Błażewicz: Potencjalnych widzów wystawy z pewnością zaintryguje jej tytuł. Stupor, mówiąc najkrócej, oznacza osłupienie. Myślę jednak, że potrzebne jest pewne naprowadzenie, co znaczy w przypadku tej wystawy.
Zbigniew Rogalski: Zagadnienia związane z postrzeganiem, zakłóceniami widzenia, cechami percepcji wzrokowej są dla mnie podstawowym motywem poszukiwań. Pozorne przeszkody w klarownym odbiorze rzeczywistości, subiektywizm reakcji zmysłów i najrozmaitsze „inne” sposoby widzenia szczególnie mnie interesują i stanowią źródło inspiracji. Po wielu latach malarskiej analizy różnych specyfik postrzegania przyszedł czas na stupor…
Stupor jest efektem, który staje się rodzajem oksymoronu poznawczego. Kieruję wzrok np. na gałąź. Zagapiam się, zaczynam myśleć o czymś innym, odklejam się. Po chwili wizja gałęzi zanika, oczy celują tylko technicznie, projekcja w umyśle obumiera. Sytuacja jest sprzecznością, widzę i nie widzę jednocześnie. To jest ciekawy moment, jakby w samym patrzeniu zawarty jest konflikt. Oczywiście nie chodzi tu tylko o wizualia, proces przebiega również na poziomie psychologicznym.
BB: Po zamachu na World Trade Center, w którego rocznicę otwieramy wystawę, zmieniło się nasze postrzeganie świata. Straciliśmy nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale również pewności co do rzeczywistości, którą znamy, co do tego, na co patrzymy.
ZR: Oczywiście, wiele się zmieniło, są tony tekstów, analiz jak to zdarzenie zmieniła świat. Dla mnie ciekawe jest to, co się tak naprawdę zmieniło… Geopolityka, relacje ze światem arabskim, kontrole na lotniskach, poczucie zagrożenia. To był wielki czarny łabędź, potem przyleciały kolejne, w których cieniu żyjemy.
Po impakcie i związanym z nim szokiem następuje adaptacja do nowych warunków; klasyczna, ewolucyjna cecha Sapiensa. Dwie wieże są już historią, do której przywykliśmy.
Gdy zorientowałem się, że wystawa będzie miała wernisaż w ćwierćwiecze ataku pomyślałem, że chciałbym się do tego faktu odnieść. Jednak nie miałem planu na ogień, dym i gruz, chodziło raczej o tzw. zwykłe życie. To tak jakbym patrzył na horyzont morza i uświadomił sobie, że dziś mija ta okrągła rocznica. Wtedy coś się zaczyna dziać. Czystość widzenia zostaje przełamana, jakby na jakimś meta poziomie nastąpiła bezdźwięczna eksplozja. Pojawia się jakiś efekt wizualny, w zależności od specyfiki umysłu.
BB: Twój obraz Jabłonka Voermana odsyła do malarstwa holenderskiego artysty Jana Voermana (1890-1976). Dlaczego tak zafascynowała cię właśnie ta jego praca?
ZR: Gdy zobaczyłem ten obraz, nie mogłem oderwać od niego wzroku. Jest znakomicie namalowany, a w warstwie skojarzeń tu się po prostu gotuje; pierwszy owoc, obietnica obfitości, jak klatka z filmu o utraconym bezpieczeństwie… Pomysł na moją interpretację polegał właśnie na tym, że długo wpatruję się w to malowidło, tak długo, że widok zaczyna się psuć, ustępować pod działaniem efektu zmęczonego oka.
BB: Na wystawie prezentujesz nie tylko malarstwo. Co zadecydowało o wyborze innych mediów jak fotografie, obiekty?
ZR: Chciałbym zauważyć, że decydowaliśmy wspólnie (śmiech). Myślę, że istotne było, aby prace dobrać pod kątem tematu. Ta triada mediów pozwala na różne perspektywy wizualnego opisania procesów zachodzących w patrzeniu. W sumie, jest jeszcze czwarte medium – grafika Mapa świata, starsza praca, którą uznaliśmy za celną.
Własności poszczególnych technik otwierają możliwości komunikacji i ekspresji. Efekt „widzenia przez łzę” w malarstwie nie byłby tak sugestywny jak w przypadku haftu. Kaskada splątanych nici, na czarnej wełnie to niezwykle plastyczny ekwiwalent mokrego oka widzącego światło filmowych napisów końcowych…