Czerwcami gorące” to tytuł zaczerpnięty z „Ballady bezludnej” Bolesława Leśmiana. W poemacie warszawskiego poety świat przyrody istnieje sam dla siebie, rozwija się własnym rytmem, obojętny na ludzką obecność. U Moniki Chlebek człowiek jest częścią świata przyrody i jego procesów, rozpuszczony w malinach, kwiatach i letnim upale - tu widzimy usta, tam dłoń… ślady obecności. Maliny, kwiaty, pająki i ludzie współistnieją w jednej przestrzeni, zanurzeni w tej samej czerwonej atmosferze lata, wytworzeni z tej samej erotycznej materii.
Chlebek maluje przyrodę, ale nie przedstawia typowych krajobrazów, nie pokazuje ogrodu ani lasu. Odbiera widzowi dystans i wprowadza nas między liście. Jej maliny wypełniają niemal cały obraz, pająk urasta do rozmiarów niepokojącego zwierzęcia, kwiaty tracą swoją botaniczną tożsamość i zaczynają przypominać fragmenty ciała. Nie patrzymy z zewnątrz, zostajemy wplątani w kwiaty, wprowadzeni w środek malinowego chruśniaka.
Krakowska malarka wydaje się podążać tropem wskazanym przez Wolfganga Tillmansa, który w swoich fotografiach próbuje oddać intensywność bezpośredniego doświadczenia natury. Nie chodzi mu o wielkie narracje, lecz intymne momenty, drobne zachwyty: promień światła, fragment skóry, kropla wody, płatek kwiatu. Monika Chlebek ma podobną wrażliwość: dla niej sensualność czaruje się bliskością, a wzruszenie jest odczuciem chwili.
Być może właśnie ulotność jest kluczem do tej wystawy. Obrazy próbują ocalić coś, co za chwilę zniknie: gorący czerwiec, dojrzałe owoce, letnie światło i chwile intensywnego życia. Paradoks ulotności polega na tym, że chwile najbardziej żywe okazują się zarazem najbardziej kruche. Soczysta malina jest jednocześnie na krawędzi rozkładu, a najgorętszy dzień lata jest już zapowiedzią jesieni. Ten moment zaraz przed przesileniem jest przestrzenią w której rozgrywa się erotyzm. Pamiętamy te spostrzeżenia u Georges’a Bataille’a: erotyzm to doświadczenie nadmiaru życia. To moment, w którym istnienie przekracza własne granice, staje się zbyt intensywne, pełne, zbyt obfite.
Wystawa „Czerwcami gorące” operuje podobnym napięciem. Czerwień jest w niej nie tyle kolorem, co temperaturą i atmosferą. Stanem świata znajdującego się w momencie maksymalnego rozkwitu. I ten rozkwit nie jest niewinny: wśród liści widzimy małych zbrodniarzy: a to pająk, a to cień w gęstwinie roślin, a to usta splątane ze sobą… przeczucie ukrytych kolców. Sama artystka zwraca uwagę, że to, co może się okazać niewygodne, pozostaje niewidoczne. Widz dostaje owoce, czując, że w krzewach mogą być kolce, które drapią dłonie. Widzi kwiaty, ale przeczuwa proces więdnięcia. Smakuje pełnię dojrzałych malin, ale domyśla się ich zepsucia.
No cóż, malarstwo Moniki Chlebek jest subtelne, ale nie jest niewinne. Czujemy zapach przejrzałych owoców, rozgrzanych liści i letniej wilgoci w czym wyraża się zmysłowość lata. Nasze ciała pamiętają te doznania, nawet jeśli nie chcemy się do nich głośno przyznać. Każdy z nas był w tym chruśniaku i każdy z nas się czerwieni. Chlebek opowiada nam o nas i o świecie znajdującym się dokładnie pomiędzy spełnieniem a zniknięciem.
Zdjęcie u góry: Monika Chlebek, Summer Crimson, 2024