Marta Nadolle. mam(Y) kompleksy


19.09.2025 - 31.10.2025

Mam, mama, mamy, my mamy.
 
Kompleksy są ze mną od zawsze. Rozwalają mnie i blokują, a równocześnie pchają do przodu i motywują. Próbuję je ogarnąć, ale zawsze wracają. Myślę... skąd się wzięły? Z mojego domu? Z krwi? Z otoczenia? Z bycia kobietą? A może z bycia Polką? Michał Bilewicz w książce Traumaland pisze, że „pozostaniemy jeszcze długo społeczeństwem nieufnym, przewrażliwionym na własnym punkcie, negatywnie oceniającym samych siebie, a jednocześnie narcystycznym, pesymistycznym... podstawowym rysem kultury jest narzekanie i przygotowanie do kolejnej porażki". W tym projekcie moja twórczość staje się narzędziem do spojrzenia w przeszłość, wybaczenia i redefinicji tożsamości.

 
Marta Nadolle

 

Niektóre rzeczy są ukryte od początku świata, chociaż jednocześnie mamy je cały czas przed oczami. Może właśnie dlatego pozostają w cieniu. Trzeba wielkiej cierpliwości, miłości, skupienia i odwagi, żeby spróbować odnaleźć dla nich ścieżki, które doprowadzą je do widzialności. 
 
Marta Nadolle zna te ścieżki. Z uwagą przygląda się światu i sobie w świecie, by chwytać momenty nieoczywistości. Kiedy patrzę na malowane przez nią obrazy – historie, czuję bardzo głębokie wzruszenie. Chociaż wcale nie od razu wiem, dlaczego. Potrzebuję chwili. Muszę się wmyśleć w sytuację, odczytać znaki, umieścić swoje patrzenie w kontekście złapanej na obrazie chwili albo zestawu chwil, bo to są syntezy, warstwowo przyrastające, zbudowane z doświadczenia, organicznie wyrośnięte. To, co Marta robi, jest z prawdy, z brzucha, z najbardziej osobistej pamięci, która chociaż jest jej, bardzo dobrze przylega do mojej. Może dlatego, że pewne sprawy są uniwersalne? Strach i ból są uniwersalne, tęsknota i miłość też. Cała trudność polega na tym, żeby zaprosić je do widzialności, wyprowadzając z przestrzeni zawstydzenia.
 
Istnieją bardzo ważne, wręcz kluczowe dla nas obszary, do których wolimy się nie zbliżać. Myślimy o nich jako o ranach, traumach, złych wspomnieniach. Odcinamy się od nich, wyrastamy z nich. Są takie relacje, takie spotkania, sytuacje, osoby. Problem polega na tym, że konfrontacja z nimi często jest koniecznym warunkiem dalszego rozwoju. Trzeba przywołać wspomnienie, odpłakać, poczuć jeszcze raz złą albo bezradną emocję, zgubić się w niej, ale ze świadomością, że można stamtąd wyjść. Obrazy Marty Nadolle to dla mnie głęboko terapeutyczne spojrzenia z boku: na siebie, na ukochanych, na strach. To złapanie chwil niejasności, momentów, kiedy rzeczywistość ujawnia, że jej koherencja to zaledwie pozór. Bo na koniec zostajesz ze zdaniem, z wyrwaną z kontekstu bezsensowną chwilą albo z wyrwanym sercem.

 

Kiedy myślę o najnowszych obrazach Marty Nadolle, najczęściej wracają do mnie trzy z nich. 
 
Pierwszy obraz to dla mnie powód do gniewu i wezwanie do działania. Widać na nim dziewczynę – Martę? – która w pracowni rysunku zostaje zaatakowana przez obleśnego dziada, profesora. Są w pracowni tylko we dwoje, ona wiesza na ścianie swoje prace. Podpis jest pokreślony, widać, że toczy się w nim walka o to, czy lepiej tę historię opowiedzieć jako jednostkową, czy dążyć do uniwersalizacji traumatycznego doświadczenia, które spotkało zdecydowanie zbyt wiele studentek akademii. „Teraz to się każdej przypomina, że ją ktoś kiedyś za tyłek złapał” – „kiedyś” to 10 lat, „ktoś” to profesor rysunku. Jest w tym zdaniu, które słyszałam zdecydowanie zbyt wiele razy w życiu, gigantyczny ładunek pogardy i poczucia, że stanowisko jest jednocześnie mandatem do tego, by bez konsekwencji naruszać granice osób, które powinno się uczyć. Chciałabym, żeby ta scena została już tylko na tym obrazie. Żeby się już nigdy w żadnej szkole nie powtórzyła. Żeby żadna dziewczyna nie odwracała się z takim przerażeniem i wstrętem wypisanymi na twarzy, żeby popatrzeć na napastnika. 
 
Drugi, to ten, na którym Marta leży na stole zabiegowym. Jej ciało jest okryte prześcieradłem, spod którego wystają nogi w czarnych rajstopach, ramiona, szyja, głowa. Kosmetolożka w niebieskich lateksowych rękawiczkach robi Marcie zastrzyki w twarz, mówiąc „wiem, że boli, ale wpuszczam ci więcej produktu, by lepiej działało”. Jest w tym oprócz fizycznego cierpienia jakaś dobra dziewczyńska solidarność. Nie ma tu chóru zwolenników ani przeciwników medycyny estetycznej, jest ciche porozumienie, zaufanie i wsparcie udzielane niedoświadczonej nowicjuszce przez profesjonalistkę, która specjalnie dla niej wychodzi poza ramy protokołu postępowania, zwiększając dawkę, żeby zmniejszyć częstotliwość potencjalnych wizyt. Działa trochę przeciw sobie, a jednocześnie daje klientce poczucie bycia dostrzeżoną. Jest tu kruchość ciała okrytego białym prześcieradłem i spokojna figura opiekunki, przewodniczki przeprowadzającej nowicjuszkę przez inicjację.
 
Trzeci obraz, który do mnie wraca, to portret ojca Marty. Bardzo mnie wzrusza to, że znalazł się tam razem z zestawem najważniejszych życiowych atrybutów i że prowadząc samochód słucha sobie Nicka Cave’a. Byłam niedawno na koncercie tego artysty w Łodzi i bardzo płakałam, kiedy Nick ze sceny opowiedział o śmierci swojego syna. Wyśpiewał swój niemożliwy do ogarnięcia ból, swoje niewyobrażalne nieszczęście. Więc jak zobaczyłam, że tata Marty słucha Cave’a, to przeniknęła mnie wielka dobra miłość i nagle bardzo zatęskniłam z moim ojcem.
 
„Niezdolność do poddania się jest niezdolnością do tego, by pozwolić sobie na stratę, na kruchość; to niezdolność do tego, by zgodzić się na upływ czasu i zrozumienie, które z niego płynie” – pisał Adam Philips w eseju „On Giving Up”. Bo przecież dopiero, kiedy popatrzysz z innej perspektywy, możesz rozpocząć proces zdrowienia, możesz sobie samej i światu odpuścić. Obrazy stają się dziennikiem a rebour, zapisem momentów do stracenia. Całkiem na odwrót niż w klasycznym paradygmacie mimetycznym, nie tyle chodzi tu o utrwalenie i uczynienie wzniosłym, ile o unieszkodliwienie, zamknięcie w kadrze, unieruchomienie sytuacji, która powraca w pamięci zbyt często. Ale tu jest coś więcej. Jeśli się tylko umie, to można nie kłamiąc opowiedzieć historię tak, żeby uczynić ją możliwą do zaakceptowania. Czasem Marta buduje opowieść szczęśliwą, w której chcesz się z uśmiechem umościć i właśnie pozwolić sobie poczuć podobną tęsknotę.
 
Są rzeczy, których nie widzimy, bo znajdują się za blisko. Czasem trudno je rozwikłać, odnaleźć w nich początek, podążyć za nimi. Myślę, że sama często je przegapiam, chociaż się o nie potykam. Brakuje mi uważności, skupienia, determinacji, ale może najbardziej odwagi, żeby wziąć konkret momentu pod lupę i dokładnie mu się przypatrzeć, bo przecież nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi. Całe szczęście, że Marta Nadolle mnie w tym trochę wyręcza, syntetyzując codzienność tak, by okazała się uniwersalnie ważna. 
 
Katarzyna Kasia

 

Godziny otwarcia w ramach WGW (19–21.09.2025): 11:00–19:00

 

Fotografia u góry: Marta Nadolle, Wiem że boli ale wprowadzam Ci więcej produktu żeby lepiej działało, 2025

 

 


Marta Nadolle, Narzędzia Adam Nadolle, 2025

Galeria LETO
661 918 814

ul. Dzielna 5

00-162 Warszawa

19.09.2025 - 31.10.2025