Litewskie historie Katarzyny Karpowicz
Kiedy zastanawiałem się, jaki punkt wyjścia wybrać przy pisaniu niniejszego tekstu wprowadzającego do nowej, a pierwszej na Litwie wystawy Katarzyny Karpowicz, szybko zdecydowałem, że nie będzie to tekst pisany z perspektywy historyka literatury, ani tym bardziej krytyka sztuki. Pole zostawiam tu moim znakomitym uczonym kolegom: Radosławowi Romaniukowi i Piotrowi Oczce. Ja natomiast opowiem pewną historię. I chyba taki klucz najbardziej tu pasuje. Wszak obrazy krakowskiej artystki zawsze jakąś historię opowiadają i są w dużym stopniu intymne. To ośmiela mnie również do bardziej osobistego tonu.
Właściwie historie będą dwie – obie kluczowe dla procesu powstawania wystawy. Pierwsza z nich wydarzyła się w Krakowie, jeszcze w 2024 roku, w pracowni artystki na ostatnim piętrze domu przy ulicy Sobieskiego. Może zadziałała niezwykła, twórcza atmosfera tego miejsca, może skojarzenie z podobną, też krakowską kamienicą, w której ostatnią dekadę życia spędził Czesław Miłosz. Fakt, że kiedy w rozmowie z Katarzyną padło nazwisko noblisty, okazało się, że oboje czytamy tego autora, że go lubimy, a kiedy zaczęliśmy wymieniać tytuły swoich ulubionych wierszy, od razu zgodziliśmy się, że są bardzo malarskie. Pomysł na przyszłą wystawę był więc gotowy, a idąca za tym propozycja, abym został jej kuratorem, była dla mnie zaszczytem i ciekawym zawodowym wyzwaniem.
Nie, to nie tak, że ułożyłem jakąś listę wierszy, oczekując, że Katarzyna Karpowicz je zilustruje. Każdy, kto zetknął się z jej twórczością, a zwłaszcza przeczytał wywiady z nią rozsiane po wielu wydanych już katalogach i uchylające rąbka tajemnicy procesu twórczego, wie, że artystka maluje zawsze z silnego wewnętrznego impulsu, a punktem wyjścia są często sny, przeczucia czy też przeżycia (lub wyobrażenia o nich). Poezja Miłosza mogła więc być tylko i wyłącznie inspiracją do opowiedzenia (czy raczej namalowania) wykreowanych przez malarkę historii.
Tak, podpowiedziałem kilka wierszy, jakoś dla mnie ważniejszych czy piękniejszych niż inne. Szczęśliwie okazały się takimi również dla artystki. Od początku był w tym zestawie pogodny Dar, dający zresztą tytuł całej wystawie. Byłem prawie pewien, że autorce spodoba się moja sugestia, aby przyjrzeć się wierszowi O aniołach. Obecny tam metafizyczny nastrój, wyczuwalny także w malarstwie Karpowicz, mają też choćby słynne Obłoki. Wszystko się więc zgadza: zachwyt nad pięknem świata, jasną strona życia przeplata się z tą ciemną, podszytą niepokojem i lękiem.
Tyle o wierszach i niech wystarczy tych kilka przykładów, bo muszę opowiedzieć także drugą, tym razem litewską historię naszych spotkań. Jest maj 2025 roku, Kasia przyjeżdża na moje zaproszenie do Wilna, by obejrzeć galerię Biblioteki Narodowej – miejsce przyszłej wystawy. Ale w planach mamy jeszcze wycieczkę w rodzinne strony Miłosza, nad Niewiażę, czyli powieściową Issę. To pierwsza wizyta artystki w Wilnie. Ale czy na pewno? Już po pierwszym spacerze malowniczymi uliczkami Starówki Katarzyna mówi mi, że miasto wydaje się jej znajome, że już tu była. Ale jak? Kiedy? W snach oczywiście. A jeśli w snach, to przecież te domy i zaułki muszą być w jej obrazach. Przeglądam więc raz jeszcze katalogi poprzednich wystaw i rzeczywiście, jeśli przyjrzeć się motywom miejskim w jej malarstwie, to klimat jest zaskakująco bliski temu wileńskiemu, bardzo kameralnemu, wcale nie wielkomiejskiemu, z jakąś nostalgią i patyną, gdzie wiele miejsc może nas łudzić: to miasto czy miasteczko? Wilno czy Szczebrzeszyn? Jawa czy sen? Żywi czy umarli?
Wyjazd nad Niewiażę przynosi jeszcze więcej niespodzianek. Mijając historyczne Kiejdany, zbliżamy się już do Szetejni, miejsca urodzenia Miłosza. Kasia patrzy przez szybę auta i chłonie krajobrazy, a ja kartkuję jeszcze raz tom wierszy, szukając opisów krainy dzieciństwa poety. Kiedy docieramy na miejsce i schodzimy z wysokiej skarpy nad brzeg Niewiaży, wszystko się zgadza. Woda ma nawet nieco rudy kolor, tak jak w wierszach. Są i krzaki leszczyny. Jest pięknie i spokojnie, robimy wiele zdjęć. Już wiem, że „Dolina Issy” będzie kolejną inspiracją dla artystki. Nie tylko ze względu na opisy przyrody tych okolic, ale na opowiedziane tam historie. Ta narracyjność i żywe postacie bohaterów książki bardzo pasują do malarstwa Karpowicz. Znając jej upodobanie do portretów dzieci, łatwo mi wyobrazić sobie wizerunek małego Tomasza z powieści, czyli młodziutkiego Miłosza. I za parę miesięcy, kiedy zobaczę gotową już wystawę, okaże się, że intuicja mnie nie zawiodła.
Ale najciekawszy moment czeka nas kilka kilometrów dalej, w Świetobrości, przy kościele, w którym w 1911 roku został ochrzczony przyszły laureat literackiej Nagrody Nobla. Niewielki wiejski kościółek jest zamknięty, rozglądamy się więc po okolicy i… Katarzyna jest chyba znowu w miejscu, w którym już była po wielokroć, a które i ja natychmiast kojarzę z jej obrazów. O tak, to będzie wspaniały portret. Ustawiam ją na tle starych, majestatycznych dębów, jakie dziś można spotkać chyba tylko na Litwie, i robię zdjęcie, które potem z pewną dumą znajdę w mediach społecznościowych artystki. Jest maj, wiosna późna i dość chłodna, a więc liście dopiero zaczynają się rozwijać. Są zachwycająco jasne i żywe w kolorze, ale na pierwszy plan wysuwają się i tak konary – ciemne i mocne, wspaniałe. Tych drzew nie zabraknie oczywiście na obrazach, które przez kilka następnych miesięcy Katarzyna będzie malować z myślą o wernisażu zaplanowanym na kwiecień 2026 roku w Wilnie.
Historia przygotowywania polsko-litewskiej wystawy Katarzyny Karpowicz to ciąg szczęśliwych zbiegów okoliczności, zaskakujących spotkań i odkryć, nie bez magii (a może przeznaczenia?) w tle. Słowo ‘dar’, użyte w tytule, też nabrało w kontekście tej wystawy dodatkowych znaczeń. Dla mnie osobiście darem losu okazało się to, że dyplomatyczne ścieżki zawiodły mnie do Wilna, gdzie, mając narzędzia do promowania polskiej kultury, mogłem zorganizować pierwszą na Litwie prezentację twórczości mojej ulubionej i tak wysoko cenionej w kręgach miłośników sztuki malarki. Nie byłoby to możliwe bez życzliwości Aušrinė Žilinskienė, dyrektorki Biblioteki Narodowej im. Martynasa Mažvydasa w Wilnie, która zapewniła najlepsze i najbardziej prestiżowe miejsce ekspozycji w stolicy Litwy. Dziękuję również Wojciechowi Tuleyi z warszawskiej Galerii Art, miejsca polskiej odsłony wystawy, za zaangażowanie, również w przygotowanie tego katalogu. I na tym pewnie, z racji szczupłości miejsca, te podziękowania by się skończyły, gdyby nie najnowszy dar z Kiejdan, Litewskiej Stolicy Kultury 2026, czyli możliwość zaprezentowania wystawy w miejscowym Muzeum Regionalnym, za co dziękuję dyrektorowi Rimantasowi Žirgulisowi. Nie można było wyobrazić sobie lepszego uczczenia 115. rocznicy urodzin Miłosza na jego rodzinnej ziemi.
Kiedy wpadłem na pomysł wystawy, po tym jak szybko i bez wahania zgodziła się na nią Katarzyna Karpowicz i zaczęli potwierdzać współpracę kolejni, wymienieni wyżej znakomici partnerzy z Litwy i z Polski, wiedziałem już, że będzie to duże wydarzenie artystyczne zbliżające oba narody. Cieszę się, że wypada ono w roku 30-lecia Instytutu Polskiego w Wilnie i uświetnia ten jubileusz.
Piotr Drobniak