"Hasior uświęca życie i sztukę. Razem. Czerpie z bogatych i odwiecznych zasobów tradycji: znaków i gestów sakralnych, scenografii i elementów liturgii. Z kościelnych wotów i odpustowych dewocjonaliów: stąd srebrne chrystusiki z tektury i takież ozdoby trumienne, stąd gipsowe `baranki boże`. To była jego dziecięca wiara i wychowanie, jego kod kulturowy, którym porozumiewał się z odbiorcą. Zwłaszcza gdy ten w PRL-u czuł się zagrożony w swej tożsamości religijnej. Przy tym narażał się podwójnie: strażnikom `poprawności` religijnej i czujnym funkcjonariuszom doktryny ustrojowej, którzy wdzięczni byli za donosy, że to sztuka `religiancka`. Jeszcze dokładali krytycy piszący o `bluźnierczych Sztandarach`, a był to skrót myślowy, bardzo nieostrożny. Artysta został bowiem w połowie lat 70. bardzo ostro zgromiony, a punktem zapalnym był sztandar adorujący macierzyństwo: dwie głowy końskie, matki-klaczy i źrebięcia w czułej bliskości - obie w aureolach... Pamiętam zgryzotę artysty. Nie porzucił przyrodzonej sobie ikonosfery sakralnej. Swoje happeningi upodabniał do świąt kościelnych i ludowych zarazem. Urządzał procesje Sztandarów, akcentując ludowy charakter zdarzenia. W procesji szli górale w swoich strojach, a kiedy indziej strażacy, na czele z Hasiorem w błyszczącym kasku. Sztandary, niezwykły wynalazek Hasiora, absolutnie własny, obrazo-asamblaże na tkaninie, swoją proweniencję odkrywają od razu: kościelną, rycerską, herbową. Wszechstronnie rodzimą, ostentacyjnie polską. Wzniosłe i groteskowe, najczystszy destylat tradycji. Hołd i spór, pietyzm i drwina, cudowność i przewrotny żart. Adoracja hieratycznego piękna, zgrzytliwie współżyjącego z tandetą współczesnej cywilizacji. Hasior, który poprzez swoje nieładne i smutne rekwizyty powojennej biedy i zniszczenia unieważnił opozycję piękne-brzydkie, zatęsknił do bajecznej orgii koloru, złotej ramy, wyrafinowanej urody tkanin. I przytulił do nich wszelkie swoje dawne, ale i nowe, jarmarczno-ludowe `wyrzutki` cywilizacji, zwłaszcza te z ekonomii socjalizmu, nasze codzienne ołtarzyki ludzkiego szczęścia i niedoli. I otoczył je glorią sacrum. Nie był sentymentalny, nie, podnosił głos przeciw złu, wojnie, krzywdzie, przemocy. Często drastycznie, brutalnie, szyderczo, jakże źle rozumiany! Wyszywanie charakteru to nie był popis sadyzmu, tylko jego unaocznienie w powszechnej, rodzimej praktyce. Nie stronił od satyry, czujny na wynaturzenia naszej świeżutkiej wolności i demokracji. Wisi u mnie `Delegat z charyzmą`, przemawiający zza trybuny. Na głowie ma kapelusz, pod ręką nóż, po paradnej szacie spływa różaniec z krzyżykiem, a u spodu szaty wygląda wstydliwa naga prawda: bose stopy.
Hasior. Trzeba go posłuchać, bo wciąż mówi do nas dzisiejszych. Geniusz wyobraźni, rzecznik świata, do którego należą `wykluczeni`. Ta garstka myśli skaczących po tematach to jak wystukiwanie liter na seansie spirytystycznym. Żeby duch się zjawił"
(Hanna Kirchner, O Hasiorze - po latach, [w:] Władysław Hasior. Europejski Rauschenberg? Katalog wystawy, MOCAK, Kraków 2014, s. 28-36)

Studiował na Wydziale Rzeźby warszawskiej ASP. W latach 1957-68 pracował jako nauczyciel w Szkole Kenara w Zakopanem. W latach 1970-71 pracował jako scenograf w Teatrze Polskim we Wrocławiu i pedagog tamtejszej PWSSP. Znany przede wszystkim jako twórca monumentalnych rzeźb i łączonych wraz z ich realizacją akcji efemerycznych - Słoneczny rydwan, Płomienne ptaki, Ogniste ptaki, Płonące sztandary. Równolegle ze "Sztandarami" i realizacjami monumentalnymi tworzył kameralne rzeźby. W latach 80. i 90. tworzył "Portrety" w technice assemblage`u i collage`u. Asamblaże tworzył od 1957 r. Reprezentował Polskę na Biennale w Sao Paulo w 1965 i 1971 r., Biennale w Wenecji w 1970 r. i wielu innych prestiżowych międzynarodowych wystawach.

5
Władysław HASIOR (1928-1999)

Zwiastowanie, 1966 r.

asamblaż/płyta pilśniowa, 129 x 186 x 7 cm
sygnowany i datowany na odwrociu: `HASIOR. W. | 1966`

Kup abonament Wykup abonament, aby zobaczyć więcej informacji

"Hasior uświęca życie i sztukę. Razem. Czerpie z bogatych i odwiecznych zasobów tradycji: znaków i gestów sakralnych, scenografii i elementów liturgii. Z kościelnych wotów i odpustowych dewocjonaliów: stąd srebrne chrystusiki z tektury i takież ozdoby trumienne, stąd gipsowe `baranki boże`. To była jego dziecięca wiara i wychowanie, jego kod kulturowy, którym porozumiewał się z odbiorcą. Zwłaszcza gdy ten w PRL-u czuł się zagrożony w swej tożsamości religijnej. Przy tym narażał się podwójnie: strażnikom `poprawności` religijnej i czujnym funkcjonariuszom doktryny ustrojowej, którzy wdzięczni byli za donosy, że to sztuka `religiancka`. Jeszcze dokładali krytycy piszący o `bluźnierczych Sztandarach`, a był to skrót myślowy, bardzo nieostrożny. Artysta został bowiem w połowie lat 70. bardzo ostro zgromiony, a punktem zapalnym był sztandar adorujący macierzyństwo: dwie głowy końskie, matki-klaczy i źrebięcia w czułej bliskości - obie w aureolach... Pamiętam zgryzotę artysty. Nie porzucił przyrodzonej sobie ikonosfery sakralnej. Swoje happeningi upodabniał do świąt kościelnych i ludowych zarazem. Urządzał procesje Sztandarów, akcentując ludowy charakter zdarzenia. W procesji szli górale w swoich strojach, a kiedy indziej strażacy, na czele z Hasiorem w błyszczącym kasku. Sztandary, niezwykły wynalazek Hasiora, absolutnie własny, obrazo-asamblaże na tkaninie, swoją proweniencję odkrywają od razu: kościelną, rycerską, herbową. Wszechstronnie rodzimą, ostentacyjnie polską. Wzniosłe i groteskowe, najczystszy destylat tradycji. Hołd i spór, pietyzm i drwina, cudowność i przewrotny żart. Adoracja hieratycznego piękna, zgrzytliwie współżyjącego z tandetą współczesnej cywilizacji. Hasior, który poprzez swoje nieładne i smutne rekwizyty powojennej biedy i zniszczenia unieważnił opozycję piękne-brzydkie, zatęsknił do bajecznej orgii koloru, złotej ramy, wyrafinowanej urody tkanin. I przytulił do nich wszelkie swoje dawne, ale i nowe, jarmarczno-ludowe `wyrzutki` cywilizacji, zwłaszcza te z ekonomii socjalizmu, nasze codzienne ołtarzyki ludzkiego szczęścia i niedoli. I otoczył je glorią sacrum. Nie był sentymentalny, nie, podnosił głos przeciw złu, wojnie, krzywdzie, przemocy. Często drastycznie, brutalnie, szyderczo, jakże źle rozumiany! Wyszywanie charakteru to nie był popis sadyzmu, tylko jego unaocznienie w powszechnej, rodzimej praktyce. Nie stronił od satyry, czujny na wynaturzenia naszej świeżutkiej wolności i demokracji. Wisi u mnie `Delegat z charyzmą`, przemawiający zza trybuny. Na głowie ma kapelusz, pod ręką nóż, po paradnej szacie spływa różaniec z krzyżykiem, a u spodu szaty wygląda wstydliwa naga prawda: bose stopy.
Hasior. Trzeba go posłuchać, bo wciąż mówi do nas dzisiejszych. Geniusz wyobraźni, rzecznik świata, do którego należą `wykluczeni`. Ta garstka myśli skaczących po tematach to jak wystukiwanie liter na seansie spirytystycznym. Żeby duch się zjawił"
(Hanna Kirchner, O Hasiorze - po latach, [w:] Władysław Hasior. Europejski Rauschenberg? Katalog wystawy, MOCAK, Kraków 2014, s. 28-36)

Studiował na Wydziale Rzeźby warszawskiej ASP. W latach 1957-68 pracował jako nauczyciel w Szkole Kenara w Zakopanem. W latach 1970-71 pracował jako scenograf w Teatrze Polskim we Wrocławiu i pedagog tamtejszej PWSSP. Znany przede wszystkim jako twórca monumentalnych rzeźb i łączonych wraz z ich realizacją akcji efemerycznych - Słoneczny rydwan, Płomienne ptaki, Ogniste ptaki, Płonące sztandary. Równolegle ze "Sztandarami" i realizacjami monumentalnymi tworzył kameralne rzeźby. W latach 80. i 90. tworzył "Portrety" w technice assemblage`u i collage`u. Asamblaże tworzył od 1957 r. Reprezentował Polskę na Biennale w Sao Paulo w 1965 i 1971 r., Biennale w Wenecji w 1970 r. i wielu innych prestiżowych międzynarodowych wystawach.