W gabinecie Markizy de Merteuil ściany zdobią ciężkie, aksamitne zasłony, a na biurku migocze światło świec, rzucając ciepłe refleksy na jej porcelanową skórę. Naprzeciw niej siedzi młody hrabia, wyraźnie zafascynowany jej urodą i przebiegłością.*
— Ach, mężczyźni zawsze sądzą, że to oni prowadzą grę, podczas gdy kobiety tańczą jak marionetki w ich rękach. Ale wierz mi, nici tej gry zawsze należą do mnie.
— Nie sposób nie przyznać ci racji Markizo. Lecz intryga, o której wspominałaś… Czyż nie jest ryzykowna? Vicomte de Valmont to człowiek przebiegły.
— Och, Valmont… On jest jak szachista, który widzi tylko kilka ruchów naprzód. Ja natomiast znam koniec tej partii, zanim jeszcze dotkniemy figur. Jeśli chce zdobyć tę biedną, naiwną Madame de Tourvel, niechże tak będzie. Ale zanim sięgnie po zwycięstwo, oswoję go jak dzikiego drapieżnika.
— A Madame de Tourvel? Czyż nie jest zbyt cnotliwa, by dała się uwieść?
— Cnota jest jak cienki lód. Wystarczy odpowiednio uderzyć, by wszystko się załamało. Valmont zna jej słabości, lecz ja znam jego. Podsycę w nim pragnienie tak silne, że zrobi dokładnie to, czego sobie zażyczę – a kiedy w końcu zatriumfuje, to triumf ten okaże się dla niego trucizną.
— Lecz jaki zysk odniesiesz z tej gry?
— Zysk? Zyskiem jest sama gra. Pragnę widzieć, jak ta doskonała równowaga cnoty i zmysłowości, którą tak uwielbia w sobie Valmont, zostaje zachwiana. Gdy jego triumf obróci się w ruinę, a on padnie przede mną na kolana, wtedy poznam czym jest prawdziwa satysfakcja. A Madame de Tourvel? Będzie tylko pionkiem. Po wszystkim zniknie, a świat zapomni o niej równie szybko, jak zapomina się o łzie na policzku.
— Jesteś wyjątkowa. W tej grze nie widzę nikogo, kto mógłby stanąć na twojej drodze.
— Och, nie trzeba być wyjątkowym, by wygrywać. Wystarczy nie mieć skrupułów. Śmiech, cichy i chłodny, wypełnił gabinet, niosąc ze sobą echo triumfu i zapowiedź upadku. „Niebezpieczne związki”
W gabinecie Markizy de Merteuil ściany zdobią ciężkie, aksamitne zasłony, a na biurku migocze światło świec, rzucając ciepłe refleksy na jej porcelanową skórę. Naprzeciw niej siedzi młody hrabia, wyraźnie zafascynowany jej urodą i przebiegłością.*
— Ach, mężczyźni zawsze sądzą, że to oni prowadzą grę, podczas gdy kobiety tańczą jak marionetki w ich rękach. Ale wierz mi, nici tej gry zawsze należą do mnie.
— Nie sposób nie przyznać ci racji Markizo. Lecz intryga, o której wspominałaś… Czyż nie jest ryzykowna? Vicomte de Valmont to człowiek przebiegły.
— Och, Valmont… On jest jak szachista, który widzi tylko kilka ruchów naprzód. Ja natomiast znam koniec tej partii, zanim jeszcze dotkniemy figur. Jeśli chce zdobyć tę biedną, naiwną Madame de Tourvel, niechże tak będzie. Ale zanim sięgnie po zwycięstwo, oswoję go jak dzikiego drapieżnika.
— A Madame de Tourvel? Czyż nie jest zbyt cnotliwa, by dała się uwieść?
— Cnota jest jak cienki lód. Wystarczy odpowiednio uderzyć, by wszystko się załamało. Valmont zna jej słabości, lecz ja znam jego. Podsycę w nim pragnienie tak silne, że zrobi dokładnie to, czego sobie zażyczę – a kiedy w końcu zatriumfuje, to triumf ten okaże się dla niego trucizną.
— Lecz jaki zysk odniesiesz z tej gry?
— Zysk? Zyskiem jest sama gra. Pragnę widzieć, jak ta doskonała równowaga cnoty i zmysłowości, którą tak uwielbia w sobie Valmont, zostaje zachwiana. Gdy jego triumf obróci się w ruinę, a on padnie przede mną na kolana, wtedy poznam czym jest prawdziwa satysfakcja. A Madame de Tourvel? Będzie tylko pionkiem. Po wszystkim zniknie, a świat zapomni o niej równie szybko, jak zapomina się o łzie na policzku.
— Jesteś wyjątkowa. W tej grze nie widzę nikogo, kto mógłby stanąć na twojej drodze.
— Och, nie trzeba być wyjątkowym, by wygrywać. Wystarczy nie mieć skrupułów. Śmiech, cichy i chłodny, wypełnił gabinet, niosąc ze sobą echo triumfu i zapowiedź upadku. „Niebezpieczne związki”